Przebrnąłem przez cały wątek i... mózg wyparował....
Który z Was interesuje się piłką nożną? Ja akurat nie. Wiem o niej tyle, że są kluby, że grają i że czasem fajnie to pooglądać, a na żywo są fajne emocje (miałem okazję oglądać na żywo pierwszy mecz na Stadionie Narodowym - i nawet mi, nie-fanowi udzieliły się emocje). Wiem też, że nasza reprezentacja w piłkę kopaną drapie po dnie sprawdzając co jest pod spodem.
Ale wiem też, że na żyletę w Warszawie ani pod zegar w Gdyni lepiej się nie zapuszczać. Wiem, że szalik to lepiej nosić jednobarwny albo w kratę, co by nie przypominał barw jakiejś drużyny (szczególnie jak się człowiek nie zna na tym). Wiem że fanatycy potrafią pobić niepełnosprawnego chłopaka na meczu 3 czy 4 ligi, bo ten miał szalik innej drużyny. Wiem, że potrafią zatrzymać autobus na środku autostrady i ręcznie wyjaśnić zwolennikom przeciwnej drużyny dlaczego się mylą.
I teraz pytanie - czy jeśli słyszycie/czytacie w mediach te wpisy - to tam używają jedynie słowa "kibole" czy również "kibice"? A jeśli piszą o "kibicach" (a piszą) to jak ma się czuć uczciwy obywatel, który nawet mandatu za prędkość nigdy nie dostał, który również jest kibicem jakiejś drużyny?
I dlaczego nikt nie ma problemu z tym, że w mediach napisane/powiedziane jest "kibice"? Gdzie to oburzenie, gdzie ta obrona niewinnych ludzi? Nie ma.
W mediach po prostu nikt nie ukrywa, że za bójkę na autostradzie, napaść czy inne zamieszki odpowiedzialni są kibice. M.in dlatego jak we Wrocławiu grał klub kojarzony z rejestracją mojego ówczesnego samochodu - dla świętego spokoju w tym czasie parkowałem gdzieś indziej/jechałem na wycieczkę poza miasto (mieszkałem blisko stadionu).
Czy to oznacza, że wrzucam wszystkich kibiców do jednego worka? Absolutnie nie! Rozumiem ich zamiłowanie do danej drużyny, niech każdy się interesuje tym co lubi i tyle.
Ale rozumiem, że pośród ludzi z zamiłowaniem do sportu są również jednostki bojowo nastawione, szukające zwady i tych należy unikać. I nie mam problemu ze wskazaniem i nazwaniem co ich łączy.
Identyczna sytuacja, tylko na szerszą skale jest obserwowana... w sumie - wszędzie. Jedna strona chce wszystkich wrzucić do jednego worka, druga - chce uniknąć nazwania problemu, "bo jeszcze ktoś się urazi". I obie strony walczą ze sobą, polemizują, kłócą się. I zapominają o jednym - elementem wspólnym łączącym najazdy arabów na Europę, najazdy Krzyżowców na Ziemię Świętą, dowolną wojnę, religijną czy polityczną jest chęć narzucenia "swojej racji" drugiej stronie. Czasem ta racja wynika z wiary (lepiej lub gorzej interpretowanej, nie wiem, nie jestem teologiem), czasem z polityki, czasem jest podbita chęcią zysku (bogactwa naturalne itp) a czasem po prostu chęcią podniesienia własnego ego (inaczej kwestii kibolskich nie umiem wyjaśnić).
Ale czym by nie była podyktowana - zazwyczaj jest bardzo mocno podszyta fanatyzmem.
To co mi przeszkadza w tym wszystkim to brak chęci nazwania rzeczy po imieniu. Czy jest to spowodowane niechęcią do obrażenia jednej strony? Czy strachem? A może poprawnością polityczną i obawą przed byciem posądzonym o nietolerancję? Czym? Nie wiem... wiem za to, że nie boję się jasno wskazać, że za taki to a taki procent przestępstw odpowiadają tacy to a tacy. Że są ekolodzy i ekoterroryści. Że są wierni i fanatycy. Że są kibice i kibole.
I nie - nie wrzucam wszystkich do jednego worka, Wiem, że wszędzie można trafić na zgniłe jabłko. co nie znaczy, ze od jakichkolwiek jabłek trzeba trzymać się z daleka i przerzucić na pomarańcze.
Ale jeśli widzę zagrożenie - to je nazywam. Tylko w ten sposób można sprawić, ze będę w stanie zrozumieć naturę zagrożenia, a przez to - będę w stanie się na nie przygotować.
I małe post scriptum odnośnie asymilacji. Według mnie - jeśli ktoś wyjeżdża do obcego kraju za pracą/lepszym życiem/uciekając przed wojną ma dwie możliwości na spokojne i pełne sukcesów życie. Pierwszą jest pełna asymilacja - przyjęcie 100% zwyczajów obywateli miejsca gdzie się znajduje. Druga - to "jedynie" poszanowanie ich praw. nikt mu nie każe zapomnieć skąd pochodzi i skąd pochodzą jego przodkowie. Może nawet chcieć utrzymywać kontakt z rodziną w kraju pochodzenia (jak przytoczeni Polacy proszący o bezpośredni lot) - bo czemu nie? Ale jeśli nie narzuca lokalnej społecznosci swojego trybu życia - ja problemu nie widzę.
I post post scriptum - według mnie - kilka przykładów przytoczonych przez kolegę @Pietrow dotyczyło planu krótkofalowego, sytuacji jednostkowej lub... z braku innego słowa - nieznaczącej w skali kraju. Przecież stworzenie połączenia lotniczego Phoenix-WAW, jeśli będzie uzasadnione ekonomicznie - nie sprawi, że w Ameryce zostanie sprowadzony język polski jako obowiązujący. Natomiast obecna masowa imigracja może mieć charakter zaplanowany i może mieć na celu właśnie zmianę naszego społeczeństwa. Ale to już brnięcie w gdybanie i teorie spiskowe
